twitter instagram YouTube

2017-04-10
Wizerunek osób niepełnosprawnych w filmie

Jednym z celów naszej kampanii „Świadomość Niepełnosprawności” jest wzrost świadomości społeczeństwa na temat osób niepełnosprawnych, zwalczanie stereotypów i dążenie do integracji. Mimo, iż współcześnie propaguje się ideę integracji i równości, osoby niepełnosprawne wciąż doświadczają niedopuszczalnych postaw opartych na uprzedzeniach, obawach, niskich oczekiwaniach i braku wiary w ich zdolności.

Dlatego wszelkie publikacje, filmy i projekty o tej tematyce spełniają ważną funkcję społeczną uczulającą nas na problemy, z jakimi się borykają, wzbudzają empatię, a przede wszystkim przynoszą wiedzę o tym, jak to jest być innym. Ważną sprawą jest ukazywanie pozytywnego wkładu w życie społeczeństwa wszystkich osób niepełnosprawnych, bez względu na stopień niepełnosprawności, jako aktywnych i pełnoprawnych członków tego społeczeństwa. W ostatnich czasach w przestrzeni medialnej coraz częściej  przedstawia się osoby  z niepełnosprawnością w normalnych codziennych sytuacjach oraz jako osoby odnoszące sukcesy w życiu rodzinnym i zawodowym, co niewątpliwie przyczynia się do wzrostu świadomości społeczeństwa i łamie stereotypowe myślenie. O wizerunku osoby niepełnosprawnej w przestrzeni medialnej rozmawialiśmy z prof. UAM dr hab. Wojciechem Otto.

Jakie tematy najczęściej pojawiają się w mediach w kontekście niepełnosprawności?

Wojciech Otto: W ostatnim czasie jest to depresja i eutanazja. Świetnym tego przykładem jest nagrodzony na Europejskim Festiwalu Integracja Ty i Ja w Koszalinie film pt. „Nena”. Podejmuje on problematykę śmierci i eutanazji w bardzo subtelny sposób. Obraz ten nie jest też pozbawiony pogłębionej refleksji na inne tematy – mamy tu niezwykle ciekawie pokazaną relację miedzy ojcem a córką – szalenie istotną, gdyż są to najważniejsze uczucia, jakie pojawiają się w naszym życiu.

Dlaczego wskazuje Pan np. film „Nena”, a nie podejmującą tę samą tematykę amerykańską superprodukcję „Zanim się pojawiłeś”, która wywołała prawdziwą burzę wśród krytyków, gdy tymczasem „Nena” przeszła przez kino niemal niezauważona.

Po pierwsze dlatego, że „Zanim się pojawiłeś” to kino hollywoodzkie, które wpisuje się w kulturę popularną i mające o wiele lepszą dystrybucję niż „Nena”. Moim zdaniem „Nena” jest obrazem o wiele bardziej poruszającym niż typowo mainstreamowy film, jakim jest „Zanim się pojawiłeś”. Ten drugi obraz to typowy wyciskacz łez, „Nena” zaś to całkiem co innego. Myślę, że ważne jest, by pokazywać rzeczy wyjątkowe, inne, oferujące widzowi coś nowego. A „Nena” taka właśnie jest. Reprezentuje zupełnie świeży sposób ujęcia tematu, nieśpieszna narracja, spokojne ujęcia – to bardzo konsekwentnie i dobrze zrealizowany film. A „Zanim się pojawiłeś” to kino popularne, owszem, wpływające silnie na widza, ale tylko przez chwilę. A „Nena” zdecydowanie bardziej pobudza do refleksji.

Czy nie obawia się Pan, że takie filmy mogą być formą promowania eutanazji czy zachęcania osób z niepełnosprawnością do podjęcia decyzji o samobójstwie?

Myślę, że nie ma takiej groźby – w końcu „Nena” to film fabularny i opowiada wymyśloną historię. Każdy inteligentny widz rozumie, na czym polegają różnice między filmową fikcją a dokumentem. Filmowcy w żadnym wypadku nie promują eutanazji, a jedynie dobre kino zmuszające do refleksji, które dogłębnie pokazuje jakiś temat, a nie tylko ślizga się po jego powierzchni.

„Nena” to chyba bardzo nowatorskie podejście do tematu?

Z pewnością. Po pierwsze chciałbym podkreślić, że „Nena” to nie jest film ponury ani pesymistyczny. W końcu przecież głównemu bohaterowi udaje się osiągnąć upragnione szczęście – a oto przecież w życiu chodzi. Uzyskanie wyższego poziomu porozumienia z córką jest najpiękniejszym elementem tego filmu. To, że ojciec i córka rozumieją się bez słów i stali się, jak to pisał Stachura, „jak jeden mąż”, to najwyższy poziom porozumienia, który zdarza się niezwykle rzadko, nawet u osób zdrowych. Świetnie udało się to pokazać twórcom filmu i pod tym względem uważam „Nenę” za film niezwykle optymistyczny. Jeśli chodzi o ewolucje podejścia do tematyki niepełnosprawności, to widzimy, że ona się dokonuje. Coraz więcej jest obrazów dotykających tematyki eutanazji czy to depresji. Są to tematy, które rzadziej widzieliśmy na ekranach, po drugie - ujmuje się je w inny sposób.

Jaki?

Myślę, że autorzy idą w stronę subtelności, intymności i bliskości. Na przykład, w filmach o depresji stosuje się pamiętnik audiowizualny. Daje się bohaterowi kamerę do ręki i on filmuje swoje życie. Podobnie było w filmie, który wygrał nasz festiwal w kategorii dokument „Wyślę Wam kartkę” w reżyserii Anny Dudy-Ziętek, w którym chora na raka bohaterka opowiada do kamery o tym, co czuje, co myśli i jak wygląda jej życie. W ten sposób uzyskujemy swego rodzaju bliskość. Myślę, że właściwym sposobem podania tematu jest dążenie do tego, by być jak najbliżej bohatera, zajrzeć do jego wnętrza. Stosuje się tzw. strategię pośrednika. Używa się pewnych środków wyrazu, by pokazać myśli czy stany emocjonalne postaci. Są to czasami animacje, surrealistyczne obrazy, itp. Staramy się dojść jak najbliżej do bohatera, jego świadomości i uczuć, które nimi targają.   

Zmieńmy trochę temat. Istnieje przekonanie, że najlepszym sposobem na zapewnienie filmowi sławy czy nawet zdobycie Oscara jest nakręcenie czegoś o nieuleczalnej chorobie lub niepełnosprawności. Co jakiś czas pojawia się film „niepełnosprawnościowy”, ze świetną obsadą, budżetem i reklamą, który potem zgarnia nagrody podczas kolejnych festiwali. Czy w kinie niszowym, autorskim, które jest reprezentowane na festiwalach, widać podobną tendencję?

Myślę, że żaden wrażliwy artysta nie kieruje się zyskiem finansowym czy łatwą sławą. Tak samo dla aktorów, bardziej liczy się wyzwanie sceniczne, a odgrywanie osoby z niepełnosprawnością daje taką możliwość. Są to role trudne. Choćby dlatego, że nawet współcześnie mamy z osobami z niepełnosprawnością rzadki kontakt. Poza tym często zachowują się one inaczej, mają inną gestykulację itp. Tego wszystkiego trzeba się nauczyć, podpatrzeć. I bardzo często aktorzy tak robią – przebywają z osobami z niepełnosprawnością, poznają ich życie, często nawiązują przyjaźnie. Tak pracował na przykład Wojciech Mecwaldowski, przygotowując się do roli mężczyzny z autyzmem w filmie „Dziewczyna z szafy”. Jeśli taki aktor zdobędzie nagrodę, to nie z powodu poprawności politycznej, ale dlatego, że są to najczęściej świetne role, wymagające ogromnego przygotowania, empatii i wrażliwości.

Tu warto nawiązać do dyskusji na temat tego, czy postacie z niepełnosprawnością powinny być grane przez pełnosprawnych aktorów. Takie głosy pojawiły się przy okazji filmowej biografii Stephena Hawkinga „Teoria wszystkiego”?

Jestem za tym, żeby osoby z niepełnosprawnością grały w filmach, kiedy tylko jest to możliwe. Film, żeby być dobrze odbierany, musi być dobrze zagrany przez dobrych aktorów. Jeśli jest taka możliwość, żeby osoba z niepełnosprawnością dobrze wywiązała się z tego zadania, to nie widzę przeciwwskazań – zachęcam do tego, by takie osoby angażować do filmu. Widzieliśmy spoty kampanii społecznych, w których na wózkach usiedli pełnosprawni aktorzy, a mogli przecież wystąpić w nich naturszczycy z niepełnosprawnością. Jeśli chodzi o film, to musimy jednak pamiętać o profesjonalizmie. Jeśli chcemy tworzyć sztukę, filmy wysokoartystyczne, to musimy zaangażować profesjonalnych aktorów. W kinie nie musi być wszystko przedstawione w sposób całkowicie prawdziwy, ale prawdopodobny. Dlatego też ważne, aby był dobrze zagrany, tak by widzowie byli w stanie uwierzyć w to, co widzą na ekranie.

A czy jest możliwe, aby tego rodzaju filmy przechodziły do „mainstreamu”?

Bardzo bym sobie tego życzył. Ale to wszystko zależy od wielu czynników. Po pierwsze od decydentów, którzy decydują o tym, co pokazane będzie w telewizji, a co nie. Bardzo wiele zależy też od dziennikarzy, którzy też muszą mieć pewną świadomość. A świadomość to wiedza, którą zdobywa się poprzez kontakt ze środowiskiem. Żeby temat znać, trzeba z nim obcować. Tak jest też w przypadku osób z niepełnosprawnością. Druga rzecz – kino to sztuka i to wysokich lotów. Ja wierzę w inteligencję widza. Często się mówi, że ludzie nie chcą oglądać ambitnego kina. To nieprawda – przeczy temu popularność takich filmów, jak: „Edi” Trzaskalskiego czy „Rewers” Lankosza. To kino z jednej strony skrojone do potrzeb widza, ale zawierające jednak głębsze przesłanie. Sądzę, że widz takie kino zaakceptuje i doceni, i będzie chętnie je oglądał. A od tego tylko mały krok do tego, by było prezentowane przez Telewizję Publiczną. To z kolei miałoby ogromny wpływ na to, o czym mówiłem na początku – czyli świadomość. I tak to swoiste koło się zamyka. Wystarczy tylko, by ktoś wykonał ten pierwszy krok.

Dziękujemy za rozmowę.  

Opublikował: ngo@leszno.pl
Napisz do nas